Strona główna
  Życie

  Kanonizacja
  Pisma
  Relacje
  Artykuły
  Książki
  Strony WWW
  O nas
  Kontakt
     

  

S. Józefa Ledóchowska

POLSCY ŚWIĘCI

Petersburg. Dwumilionowa stolica imperium z rezydencją cara i jego rodziny. Centrum polityczne, kulturalne i przemysłowe wielkiej Rosji. Ministerstwa, urzędy centralne, wyższe uczelnie. Wśród mniejszości narodowych pokaźna grupa Polaków. Ich liczba przed pierwszą wojną światową wynosiła około 60 tysięcy i wykazywała stały wzrost.

Stolica była też siedzibą władz rzymskokatolickiego arcybiskupstwa mohylewskiego, w skład którego wchodziło pięć diecezji. Tu mieściła się Kuria Metropolitalna, Akademia Duchowna i Seminarium Duchowne.

Najstarszą z parafii katolickich w Petersburgu była parafia Św. Katarzyny, tak nazywana dla uczczenia patronki carowej Katarzyny II, która podarowała grunt na krańcu miasta, nad Newą, pod budowę katolickiego kościoła. W XVIII wieku postawiono na tym miejscu piękną renesansową świątynię, duży gmach klasztorny, budynki szkolne i domy mieszkalne. Duszpasterstwo parafialne sprawowali początkowo zakonnicy, a po kasacie zakonów w Rosji - księża diecezjalni. W ciągu XIX wieku powstało na terenie Petersburga jeszcze kilka parafii, ale nie odegrały one w życiu kolonii polskiej tej roli, co parafia Św. Katarzyny, która stanowiła swego rodzaju odrębne miasteczko spojone wspólnością wyznania. Główną rolę odgrywali tu Polacy, dlatego też nazwano je miasteczkiem polskim.

W roku 1907 przy kościele Św. Katarzyny, którego proboszczem był ksiądz prałat Konstanty Budkiewicz, istniały cztery typy szkół polskich z prawami państwowymi: ośmioletnie gimnazjum męskie, siedmioklasowe gimnazjum żeńskie, do którego wkrótce dodano klasę ósmą, pedagogiczną, szkoła elementarna dla ubogich dziewcząt oraz żeńska szkoła zawodowa. Językiem wykładowym był rosyjski, ale ze względu na ogromną przewagę Polaków rozlegała się powszechnie mowa polska. Po roku 1905 uzyskano pozwolenie na wprowadzenie do przedmiotów nauczania języka polskiego. Lekcje religii odbywały się oddzielnie dla każdej narodowości, w jej własnym języku.

Przełożoną żeńskiego gimnazjum była od roku 1901 Emilia Maculewicz, gorąca patriotka, bardzo religijna, ciesząca się dużym autorytetem w szkole. Przy gimnazjum istniał żeński internat, z którego korzystały dziewczęta pochodzące nieraz z dalekich stron imperium rosyjskiego. Na mniej więcej sześćset uczennic gimnazjum blisko siedemdziesiąt mieszkało w internacie. Były to przeważnie córki urzędników, inżynierów, lekarzy oraz ziemian z Litwy, Łotwy i Białorusi.

O ile gimnazjum rozwijało się bardzo dobrze, o tyle wielką trudność sprawiało prowadzenie internatu. Nie umiano sobie poradzić z tak różnorodnym elementem. Ani kierowniczka internatu, ani wychowawczynie nie cieszyły się autorytetem, młodzież zachowywała się arogancko i coraz bardziej się rozzuchwalała. Koszty utrzymania internatu powiększały liczne stypendia parafialne, stąd myślano o likwidacji tej placówki i umieszczaniu dziewcząt na stancjach prywatnych.

Byt internatu uratowała matka Ledóchowaka, podejmując się na zaproszenie księdza Budkiewicza jego prowadzenia. Od pierwszej bytności w Petersburgu Matka zdawała sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuje. Ale była jeszcze w wieku, w którym mierzy się siły na zamiary. Czuła, że właśnie tu, na tej prawdziwie misyjnej placówce wśród prawosławia, jest jej miejsce wyznaczone przez Boga dla dobra polskiej i katolickiej sprawy. Ufała, że eksperyment się uda, pomna na błogosławieństwo, jakiego jej udzielił na pracę w Rosji papież Pius X.

W Historii Kongregacji Matka zapisała: "Zdaje się, że w dzień św. Magdaleny przybyłyśmy do Piotrogrodu. Czekała na nas panna Emilia Maculewicz i zainstalowała nas w Św. Katarzynie. Tam remont na całego. Zabrałam się do nauki języka rosyjskiego i do cerowania pończoch uczennic, które przeważnie ubierane były przez zarząd internatu. Czas do końca sierpnia upłynął cicho - pilnowałam robót remontowych".

Przyjazd do Petersburga nawet tak małego zespołu urszulańskiego został powitany przez proboszcza polskiej parafii z wielką ulgą i nadzieją, że wreszcie ktoś kompetentny i doświadczony w pracy pedagogicznej obejmie opiekę nad internatem dla Polek, które z różnych stron Rosji przybywały tutaj, by otrzymać w polskim Gimnazjum Św. Katarzyny katolickie i narodowe wychowanie. Natomiast personel zarówno nauczycielski, jak i wychowawczy odnosił się do nowej kierowniczki internatu z pewną dozą nieufności. Przyczyniła się do tego sprawa mieszkaniowa. Lokal internatu musiał się poszerzyć z powodu coraz większego napływu uczennic do gimnazjum, stąd koniecznością okazało się włączenie do internatu górnego piętra zamieszkałego przez personel nauczycielski. Uchwałą syndykatu nauczycielki musiały się przeprowadzić do bocznych skrzydeł gmachu lub zamieszkać poza terenem Św. Katarzyny, co wywołało duże niezadowolenie. Odbiło się ono na osobie nowej kierowniczki internatu.

Teraz Matkę czekała trudna sprawa skompletowania personelu zarówno wychowawczego, jak i pomocniczego. Nie mając odpowiedniej liczby sióstr, Matka zwróciła się z apelem do dawnych wychowanek krakowskich, z których dwie zgłosiły się do pomocy i przyjechały do Petersburga.

W dniu zjazdu uczennic, 25 sierpnia, nastąpiło pierwsze spotkanie matki Urszuli z wychowankami, które staną się odtąd przedmiotem największej jej troski. One natomiast przyglądały się bacznie nowej kierowniczce internatu, nie wiedząc na razie, jakie wobec niej zająć stanowisko. Polacy w Rosji nie mieli sposobności zetknięcia się z zakonami katolickimi, już dawno tu zlikwidowanymi. Zgromadzenia ukryte były społeczeństwu mało znane. Wytworzono sobie o zakonach opinię wyraźnie negatywną, wedle której zakonnica była synonimem średniowiecznego zacofania, ciasnoty i bigoterii. Poza tym już od dłuższego czasu straszono dziewczęta nową przełożoną, która miała tu przyjechać, by ukrócić ich wybryki i ograniczyć dotychczasową swobodę.

"Zadanie nasze nie było łatwe - pisze Matka - dzieci, szczególnie starsze uczennice, były do nas uprzedzone, znaczna część nauczycielek również, a kolonia polska też nie ułatwiała pracy, patrząc na nas bardzo krytycznie. Byłyśmy dla nich zbyt katolickie".

Matka jednak nie zraziła się trudną sytuacją, postępowała tak, jakby nie zauważała krytycznego do niej stosunku. Rozpoczęła spokojnie pracę wychowawczą w przekonaniu, że uprzedzenia stopniowo ustąpią.

W połowie września przyjechała do Petersburga siostra Alojza Wielowiejska, prawdziwa podpora Matki w pierwszym, trudnym dla niej okresie.

Oto, co zastała: "Matka już w pełni pracy. Rok szkolny zaczęty, pensjonat pełen uczennic, ludzi do pracy mało, więc Matka zamęcza się pracą organizacyjną i wychowawczą. Sama miewa dyżury, bywa na obiadach uczennic, wgląda w sprawy kuchenne. Praca wychowawcza bardzo trudna: pensjonarki do sióstr uprzedzone, przeciw Matce zbuntowane przez niektóre nauczycielki gimnazjum i dawne wychowawczynie internatu".

Do trudności wychowawczych dołączyły się jeszcze kłopoty finansowe. Matka bierze płatne lekcje francuskiego w gimnazjum, ogranicza własne racje żywnościowe, odstępując je siostrom. Nie zniechęca się. Powtarza często: "Jest Bóg, to Jego dzieło, ufności tracić nie można".

Postawiła na Boga i coraz lepiej zdawała sobie sprawę, że tylko On jest dawcą łaski, On jeden ma moc skruszenia serc, skierowania ich ku dobru. Postarała się szybko u władz kościelnych o pozwolenie na otwarcie kaplicy na terenie zakładu, aby ułatwić uczennicom możność kontaktu z Bogiem. Z pomieszczeń szkoły wykrojono mały pokój, gdzie Matka urządziła skromną, ale ładną kaplicę, która wkrótce staje się ośrodkiem życia religijnego zakładu. Odprawiała się tu co dzień Msza święta, na którą uczennice zaczęły uczęszczać, a w niedzielę w przyległej sali gromadził się cały internat dla uczestniczenia we wspólnej Ofierze Eucharystycznej.

Równocześnie trwała systematyczna, intensywna praca nad wyrobieniem wewnętrznym dziewcząt, które trzeba było dopiero wdrażać do pracy nad sobą, bo dotychczas nie miały o niej pojęcia.

Matka Urszula zastosowała też wypróbowaną już metodę indywidualnych kontaktów, które sprawiają, że znika uprzedzenie, a możność wypowiedzenia się wobec osoby, która rozumie trudności - nieraz typowe dla wieku młodzieńczego - przynosi ulgę, rodzi zaufanie.

Świadczą o tym najlepiej wypowiedzi samych wychowanek, z których przytaczamy najbardziej charakterystyczną: "Na 'wiosnę 1907 roku zawiadomiono nas, że internat przejmuje matka Ledóchowska. Od razu ustosunkowałyśmy się do Matki i w ogóle do zakonnic negatywnie, tym bardziej że wychowawczynie obrazowo malowały nam niewolę, jaka nas czeka pod rządami zakonnic. Mnie osobiście wpoiła moja starsza siostra przekonanie, że zakonnice są pasożytami społeczeństwa i że jest to instytucja wymagająca zwalczania. Jesienią tegoż roku Matka objęła internat. Dziwne uczucia wówczas przeżywałam. Pociągała mnie postać Matki, nawet odeszła mnie chęć dokuczania, a jednocześnie nie chciałam się temu poddać. Zresztą personel nauczycielski i inne osoby poza pensją dokładały starań, aby wzbudzić nieufność do Matki. Posądzono ją o fałsz, bo przecież nie można do każdego podchodzić z jednakową serdecznością, o kosmopolityzm, bijąc chyba na trochę cudzoziemski akcent Matki. Miałam wtedy zaledwie piętnaście lat i nie mogłam się uporać z wszystkimi wpływami, aż lody pękły w czasie rekolekcji. Prowadził je ksiądz, a między naukami i Matka przemawiała do nas. W jakże inny sposób niż dotychczasowe nasze kierowniczki! Mówiła o miłości Boga, o Jego miłosierdziu, o wielkim szczęściu człowieka, że może Bogu służyć. Po jednej takiej konferencji, w której Matka omawiała warunki dobrej spowiedzi, zrozumiałam, że wszystko, co dotąd w tym kierunku robiłam, nic nie było warte. A że sama z powstałymi wątpliwościami nie mogłam sobie poradzić, udałam się do Matki.

Matka z całą ofiarnością zajęła się moją osobą. Dużo spraw się wyjaśniło, dużo pozostało do przemyślenia. Po raz pierwszy się przekonałam, że sprawy duszy są sprawami ważnymi, którymi warto i trzeba się zainteresować. Matka zdobyła od razu moje zaufanie swą wyrozumiałością i powściągliwością w pytaniach. Zaufanie to zdobyła na zawsze. Odtąd Matka zajęła się mną na dobre...".

Wkrótce na tyle zmieniła się atmosfera pensjonatu, że Matka mogła już założyć Sodalicję Mariańską spośród uczennic, które pragnęły pogłębienia swego życia religijnego. Pierwszego przyjęcia do Dzieci Maryi dokonał biskup Cieplak w maju 1908 roku. Matka podtrzymuje gorliwość, sama prowadzi sodalicyjne zebrania, jest duszą organizacji. Dołączają się uczennice przychodnie, potem studentki i panie z Polonii petersburskiej. Wpływ Matki zatacza coraz szersze kręgi.

Już powstaje w murach Św. Katarzyny internat akademicki, mały co prawda, bo mieszczący zaledwie dwadzieścia studentek z odległych stron Rosji, ale jakże troskliwą opiekę w nim znajdują. Matka jest do ich dyspozycji w każdej potrzebie.

Dużo osób z kolonii polskiej miało możność zapoznania się z matką Ledóchowską poprzez istniejące stowarzyszenie katolicko-pedagogiczne, które odbywało swoje zebrania w gmachu Św. Katarzyny. Wygłaszane tu były referaty z dziedziny wychowania, inicjujące ożywione dyskusje. Matka Urszula nie odmawiała swego udziału, a jej referaty spotykały się z dużym uznaniem. Przekonano się, że zakonnica niekoniecznie musi być osobą ciasną, ciemną i zacofaną.

Stopniowo Matka zyskiwała sobie serca nauczycielek gimnazjum, z których kilka związało się z nią na całe życie, przyłączając się do urszulańskiej wspólnoty. Jako pierwsza uczyniła to - z konieczności w ścisłej tajemnicy - przełożona gimnazjum, Emilia Maculewicz.

Wpływy Matki sięgają także do kół katolickich Rosjan, dla których czyni starania o umożliwienie im słuchania kazań w polskim kościele Św. Katarzyny, ale w ich ojczystym języku, choć wydawało się to polskiemu społeczeństwu niebezpieczeństwem dla ruchu narodowego, stale gnębionego przez władze carskie. Stąd ta inicjatywa Matki nie zyskała aprobaty miejscowego biskupa.

Działalność urszulanek, jak już powiedziano, musiała pozostawać w ścisłej konspiracji, zwłaszcza gdy chodziło o przynależność do zakonu. Matka Urszula szybko się zorientowała, że jej zależność od domu krakowskiego jest raczej fikcyjna i nie może być utrzymana ze względu na trudności w porozumieniu się z wyższą władzą, zwłaszcza w sprawach wymagających szybkiej decyzji. Zresztą i dla Krakowa wydawanie z daleka poleceń w sprawach, co do których nie można było mieć wystarczającej orientacji, było bardzo utrudnione. Przełożona domu krakowskiego, matka Sułkowska, rozumiała dobrze tę sytuację i zgodziła się na prośbę matki Urszuli, by dotychczasowa filia domu krakowskiego została przekształcona w dom autonomiczny. Prośba została wysłana do Rzymu. "W lutym 1908 - notuje matka Urszula - otrzymałam erekcję kanoniczną domu w Petersburgu z nowicjatem, byłyśmy więc samoistnym domem zakonnym o Konstytucjach krakowskich, lecz same w stolicy carów"...

Z chwilą uzyskania autonomii miała matka Urszula zupełną swobodę w przyjmowaniu do Zgromadzenia nowych członków, co więcej - prowadzenia dla nich nowicjatu, wszystko oczywiście na zasadzie ścisłej konspiracji. Każda wstępująca wiedziała, że będzie prowadziła życie zakonne w warunkach wyjątkowych, że habit będzie mogła otrzymać dopiero, gdy okoliczności na to pozwolą, i że życie tak odmienne od tego, co się zwykło określać mianem "zakonnego", jest nim w istocie, i to tym zaszczytniejsze, że się domaga jeszcze większej ofiary.

W roku szkolnym 1907/1908 oprócz siostry Maculewicz wstąpiły jeszcze dwie kandydatki, które dzięki kwalifikacjom zawodowym mogły od razu przystąpić do pracy wychowawczej i nauczycielskiej. W następnym roku, 15 sierpnia 1908, została przyjęta do nowicjatu postulantka z Krakowa, siostra Zaborska, która w przyszłości miała się stać dla Matki największym oparciem i pomocą, wierną towarzyszką jej życia. Ceremonii dokonał kanonik Ostrowski w kaplicy przy zamkniętych drzwiach, bez świadków.

Wpływ osobowości matki Urszuli był tak silny, że przeniknął nawet do grona nauczycielskiego, początkowo nieprzychylnego. Działał tu nie tylko urok osobisty, ale cały sposób postępowania, miłość, jaką obejmowała wszystkich, jej prosta i głęboka pobożność. Niejedna z nauczycielek zbliżała się do matki Urszuli, by zaczerpnąć od niej prawdziwie Bożego ducha. Odkrywano religię nie formalistyczną, ale polegającą na żywym kontakcie z Bogiem bliskim, bo mieszkającym w sercu człowieka. Jedna z najmłodszych nauczycielek, Jadwiga Monkiewicz, już od dłuższego czasu pilnie obserwowała Matkę, ale jej stosunek do niej był jeszcze pełen rezerwy. Zbliżenie nastąpiło dopiero w Terijokach, letnisku fińskim, dokąd Matka wyjechała wraz z siostrami i dziewczętami na miesiące wakacyjne. W maju następnego roku Jadwiga została przyjęta do Zgromadzenia. W przyszłości piastować będzie przez długie lata urząd mistrzyni nowicjatu, szczególnie przez młodzież zakonną ceniona i kochana. W ślad za Jadwigą poszła druga nauczycielka, Zoe Rodziewicz, dawna wychowanka matki Urszuli z Krakowa, przyszła generalna przełożona Zgromadzenia po śmierci Założycielki. Sześć innych młodych dziewcząt z dalszych okolic, kierowanych niejednokrotnie przez księży do Zgromadzenia, stanęło ofiarnie do prac domowych, umożliwiając tym samym rozwój placówki.

Matka Urszula oddawała się siostrom z całym poświęceniem, otaczała je miłością, troską, opieką, dbała o ich potrzeby religijne, ich postęp duchowy. Dobrze rozumiała złożoność problemu życia zakonnego w tak wyjątkowych warunkach i każdej z sióstr starała się dopomóc w jej trudnościach.

[...]


O. Joachim Bar OFMConv. (redakcja). POLSCY ŚWIĘCI. Tom 4. Akademia Teologii Katolickiej - Warszawa 1984. Fragment pochodzi z rozdziału napisanego przez s. Józefę Ledóchowską "W carskiej Rosji (1907-1914)". Przypisy pominięto.

Koszalin 2007 | www.urszula.ovh.org | Emilia Rogowska | Webmaster: Przemek